AICPA® i CIMA® przedstawiają rekomendacje dla rządu

AICPA® i CIMA® apelują do polskiego rządu, aby podjąć stanowcze kroki w kwestii wspierania polskiej gospodarki. Eksperci sugerują, aby następne działania były związane z wprowadzaniem programów, związanych z technologią i cyfryzacją, dla sektora małych i średnich przedsiębiorstw. Do tego dochodzi wspieranie zrównoważonego rozwoju. Rekomendacje przygotowali specjaliści z Instytutu Rachunkowości Zarządczej CIMA.

Cyfryzacja i technologie

Raport „Smart Industry in Poland 2020” pokazuje, że polscy przedsiębiorcy są coraz bardziej świadomi korzyści, jakie przynosi cyfryzacji. Warto wspomnieć, że to właśnie w tym okresie największe sukcesy zaczęły odnosić firmy, oferujące narzędzia do komunikacji zdalnej, a także dystrybutorzy, inwestujący w e-commerce. Podobne wyniki pokazuje raport przygotowany przez Europejski Fundusz Leasingowy, według którego wykorzystanie rozwiązań technologicznych przez rodzimych małych i średnich przedsiębiorców wzrosło aż o 65%.

Czego dokładnie dotyczą rekomendacje?

Wśród rekomendacji możemy przeczytać o programach wsparcia dla małych i średnich przedsiębiorców, a także doradztwa, związanego z użyciem technologii w biznesie. Przykładem takiego wsparcia mógłby być voucher, który przedsiębiorca dostaje, aby pokryć część kosztów wdrożenia określonego oprogramowania.

Inną kwestią jest tzw. Program Akceleracji Wzrostu. Chodzi w nim o współpracę między biznesmenami, a podmiotami gospodarczymi. Miałoby to wpłynąć korzystnie na identyfikację barier wzrostu a także pracę nad pokonywaniem tych barier. Przyjęcie tych rozwiązań przez polski rząd miałoby więc przynieść pozytywne efekty dla rodzimej gospodarki. Chociaż już pewne programy powstają, wydają się one nie wystarczyć. Inicjatywy takie jak „Polski ład” znalazły wielu przeciwników mimo swoich pozytywnych założeń, więc widać, że jeszcze bardzo dużo brakuje, aby opracować sposób naprawiania gospodarki, który usatysfakcjonuje wszystkich.

AICPA® i CIMA® z propozycją dla starszych

Wiadomo, że wspieranie młodych przedsiębiorców jest ważne, bo to w ich rękach leży przyszłość gospodarki i całego świata biznesu. Wśród rekomendacji AICPA® i CIMA® znalazły się jednak wzmianki na temat przedsiębiorców powyżej 40-ego roku życia. O co chodzi? Otóż nie trzeba być profesorem socjologii, żeby zauważyć, że wśród starszej części społeczeństwa występują większe problemy z odnalezieniem się w świecie technologii. A to właśnie technologia z dominowała dzisiejszy rynek w praktycznie każdej branży.

Brak wystarczającej wiedzy na temat nowoczesnych rozwiązań technicznych oznacza dla nich wykluczenie. Można uważać to za błahostkę, ale jeśli spojrzymy na dzisiejszy świat, to wykluczenie cyfrowe jest poważnym problemem. Podobnie sytuacja wyglądała w czasach Rewolucji Przemysłowej, kiedy wielu pracowników traciło swoje posady, gdyż ich fach nie był już potrzebny. Ważniejsze stało się obsługiwanie maszyn, a nie każdy to wtedy potrafił. Czyż nie tak jest z dzisiejszymi urządzeniami elektronicznymi i coraz nowszymi formami oprogramowania?

Globalny podatek CIT. Co czeka przedsiębiorców?

Globalny podatek CIT to jeden z globalnych podatków, jakie już teraz można zobaczyć na horyzoncie. Co to oznacza dla najbogatszych przedsiębiorców i jakie zmiany wymusi na gospodarce?

Czym miałby być globalny podatek CIT?

Każdy słyszał o tzw. rajach podatkowych. Chodzi tu o takie kraje, do których przedsiębiorcy transferują swoje zyski po to, aby zapłacić mniejsze podatki. Efekt jest taki, że światowe wpływy CIT są mniejsze nawet o 240 miliardów dolarów. Dzięki temu najbogatsi mogą naprawdę wiele zarobić, co przekłada się między innymi na notowania na giełdzie.

Na arenie międzynarodowej pojawiają się więc takie pomysły, według których należałoby wprowadzić globalny podatek CIT. Wtedy każdy kraj obowiązywałaby minimalna stawka, która mogłaby wynosić na przykład 15%. Oczywiście poszczególne państwa mogłyby podnosić tę stawkę, gdyż mówimy jedynie o progu. Na wprowadzeniu takiego rozwiązania straciliby więc jedynie ci przedsiębiorcy, którzy z idei raju podatkowego korzystają. Dla tych, którzy rozliczają się we własnym państwie, nie byłoby większej różnicy.

Jakie państwo może zostać rajem podatkowym?

Jakie państwa kwalifikują się do rajów podatkowych? Dawniej były to dalekie kraje egzotyczne, ale dzisiaj „rajami” stają się również państwa europejskie. Dr hab. Dominik J. Gajewski wspomina w rozmowie z redakcją „Wirtualnej Polski”, że państwa takie wyznaczają śmiesznie niską stawkę wynoszącą poniżej pół procenta. Znajdą się też państwa, gdzie stawka CIT jest zerowa. Profesor Szkoły Głównej Handlowej nie ma pozytywnego zdania na temat tej sytuacji i twierdzi, że w krótce wszystkie kraje będą musiały przyjąć ideę globalnych podatków.

Gorące dyskusje o globalnych podatkach

Dyskusje o globalnych podatkach istnieją w przestrzeni publicznej od bardzo dawna. Zajmują one nie tylko zwykłych podatników, ale też ekonomistów, którzy próbują oszacować co z nich wynika i co może wyniknąć. Czasami pewne okoliczności sprawiają, że dyskusja na temat konkretnego podatku zaczyna się robić ożywiona i gorąca. Tak jest chociażby w przypadku podatku cyfrowego, który nie tak dawno temu zbulwersował wiele osób. Co ciekawe nadal nie udało się stworzyć takiego projektu, z którego byłyby zadowolone wszystkie państwa.

Szara strefa na celowniku. Nowe kary dla pracodawców?

Szara strefa to eufemistyczne określenie pracy na czarno. Podejmuje się jej wiele Polaków, o czym nikogo nie trzeba przekonywać. Wszyscy znamy kogoś, kto tak pracuje, a być może sami podejmowaliśmy takiej formy zarobku. Oczywistym jest, że fiskusowi nie podoba się zatrudnianie pracowników bez umowy, gdyż oznacza to brak odprowadzenia podatków.

Dlatego właśnie Ministerstwo Finansów proponuje pewne zmiany, który mają na celu zmniejszyć straty dla skarbu państwo. Chodzi o obarczenie karą jedynie pracodawcy, pozostawiając pracownika w spokoju. Taki pracownik, który przyzna się do pracy na czarno, miałby być zwolniony z podatku, a obowiązek ten spadłby na osobę, która go zatrudniła. Byłby to bardzo sprytny zabieg, gdyż z pewnością wielu pracodawców zaczęłoby się obawiać, że któraś z zatrudnionych osób na nich doniesie.

– [Ministerstwo Finansów] Proponuje, aby pracownik, który przyzna się do pracy na czarno, był zwolniony z PIT od uzyskanego w tym czasie dochodu. Zapłaci go, wraz z odsetkami, pracodawca. Czeka go też dodatkowa sankcja: podatek od minimalnego wynagrodzenia. Tych wydatków nie zaliczy do kosztów uzyskania przychodów – pisze „Rz”.

Praca na czarno. Komu się opłaca?

Pracy na czarno bardzo często podejmują się osoby bez kwalifikacji, które mają problem ze znalezieniem dobrze płatnej pracy. Uniknięcie podatków jest wtedy dla nich jedynym sposobem na to, aby móc zapewnić byt rodzinie. Godzą się na nią także imigranci, którzy desperacko potrzebują zatrudnienia. Inną sytuacją jest chęć podjęcia się pracy na czarno z powodu posiadania statusu bezrobotnego. Można wszak jednocześnie pracować bez umowy i i pobierać zasiłek z urzędu. Swego czasu Rafał Ziemkiewicz w jednej ze swoich książek pisał o pracownikach, którzy kiedyś protestowali przeciwko godzinom otwarcia urzędu, który wydawał im zasiłek. Powodem protestu miało być to, że w godzinach pracy urzędu oni również byli w pracy. Brzmi jak sytuacja z filmu Barei, ale podobne absurdy dzieją się na co dzień w każdym polskim mieście.

– Aktualnie system podatkowy nie sprzyja pracownikom, którzy nie godzą się na pracę na czarno. W razie wykrycia tego procederu to pracownik musi odprowadzić niezapłacony od swojej pensji podatek z odsetkami. Do tego odpowiada karnie za niezadeklarowanie podatku. Chcemy całkowicie odwrócić tę sytuację – wyjaśnia Minister Finansów na łamach „Rz”.

Konsekwencje zatrudniania bez umowy

Wiemy, że szara strefa i istnieje i z wielu powodów rozumiemy, dlaczego ludzie podejmują się nielegalnej pracy. Musimy jednak pamiętać o konsekwencjach, wiążących się z pracą w szarej strefie. Przede wszystkim finansowo nie zawsze jest tak kolorowa, jak nam się wydaje. Owszem, brak konieczności płacenia podatków jest doraźnym sposobem zaoszczędzenia pieniędzy. Problemy jednak mogą pojawić się później. Jeśli stracimy pracę, to nie możemy liczyć na zasiłek. Gdy wydarzy się wypadek przy pracy, nie dostaniem odszkodowania, co sprawia że praca staje się naprawdę ryzykowna i niepewna. Jeśli nie znamy dobrze pracodawcy, to pojawia się tez ryzyko, że w ogóle nie zobaczymy pieniędzy za naszą pracę, albo dostaniemy inną kwotę niż uzgadnialiśmy.

Osoba, świadomie podejmująca się pracy na czarno, może spodziewać się konieczności zapłacenia nawet 5000 złotych grzywny. Progiem jednak jest jedynie 500 zł. Inaczej sprawa wygląda, kiedy nie jesteśmy świadomi tego, że pracodawca zatrudnia nas na czarno. W takiej sytuacji to on ponosi całą odpowiedzialność, a my nie płacimy żadnej grzywny. Nowy pomysł ministerstwa ma zdjąć z nas odpowiedzialność nawet w sytuacji, gdy świadomie podejmowaliśmy się nielegalnego zatrudnienia. Oznaczałoby to większe komfort dla osób w trudnej sytuacji materialnej, którzy do szarej strefy dołączyli z konieczności i desperacji a nie z chciwości i chęci oszukania systemu. Podwójna kara dla pracodawcy miałaby więc być nie tylko zniechęceniem ale również formą kary za wykorzystywanie cudzej sytuacji życiowej.

Regionalny Program Operacyjny

Regionalny Program Operacyjny jest dokumentem planistycznym, w którym zawierają się pewne konkretne działania. Podejmuje je samorząd województwa na rzecz wpierania rozwoju w regionie. Taki program operacyjny podlega szerzej rozumianej strategii rozwoju i jest od niej bardziej szczegółowy. RPO funkcjonują w Polsce od 2006 roku, kiedy to dnia 6 grudnia weszła ustawa o zasadach prowadzenia polityki rozwoju. Co się od tamtego czasu zmieniło?

RPO w Polsce

RPO do tej pory miał w Polsce dwie edycje. Działania zaplanowano na lata 2007-2013 a następnie 2014-2020. Do realizacji tych działań często wykorzystywano fundusze unijne, między innymi Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego, dzięki któremu podjęto wiele inwestycji w latach 2007-2013. W latach tych starano się wprowadzić Narodowe Strategiczne Ramy Odniesienia (zwane inaczej Narodową Strategią Spójności), czyli w skrócie NSRO. Zrealizowano wtedy 16 RPO, w których użyto 16,6 mln euro. Cała pula unijnych środków przeznaczona do zrealizowania NSRO wyniosła 67,3 mld euro, co oznacza, że RPO łącznie kosztowały 24,7%  tego funduszu.

NSRO. Po co ten program powstał?

Wiemy już, że w latach 2007-2013 wykorzystywano RPO jako jedną z części składowych NSRO. Ale po co w ogóle stworzono tzw. Narodową Strategię Spójności? Przede wszystkim chodziło o to, aby decentralizować politykę rozwoju w Polsce. Dzięki temu można więcej zdziałać na poziomie wojewódzkim i większą swobodę mają władze województwa, które swój region przecież znają najlepiej.

Taki sposób zarządzania miał być sensowną opozycją względem programów krajowych takich jak Program Operacyjny Innowacyjna Gospodarka czy Program Operacyjny Kapitał Ludzki. Takimi programami sterowano z poziomu krajowego, a realizacją zajmowało się Ministerstwo Rozwoju Regionalnego. Dopiero wprowadzenie Regionalnych Programów Operacyjnych pozwoliło władzom regionalnym na nieco więcej swobody.

Regionalny Program Operacyjny obecnie

Na lata 2014-2020 ponownie wprowadzono 16 programów, działających  w całej Polsce. W jego ramach wydano między innymi 15 mld euro na modernizację dróg, 20 mld euro na przedsiębiorczość czy 4,4 mld euro na transport publiczny. Nie zapomniano też o bezpieczeństwie energetycznym i szkolnictwie wyższym, na co przeznaczono łącznie 1 mld i 1,2 mld euro. Pozostałe fundusze przeznaczono na szerokopasmowy internet, aktywizację zawodową młodych ludzi, kolej i cyfryzację administracji.

Zakaz handlu w niedzielę. PiS wprowadza zmiany antypocztowe

Zakaz handlu w niedzielę to zmiana prawna, która w momencie wprowadzenia wywołała wiele kontrowersji. Wiele osób uważało, że to nie w porządku, aby zakazywać ludziom pracować w dzień, który od zawsze kulturowo uznawano za wolny. Z drugiej strony miała być to dobra opcja dla właścicieli małych sklepów, którzy w niedzielę i tak zawsze byli czynni. Z czasem zaczęło się pojawiać wiele sposobów na omijanie tego zakazu, na temat czego obecna partia rządząca okazuje pewien niesmak.

Kiedy wprowadzono zakaz, wiele sklepów przemianowało się na placówki pocztowe. Możliwość nadania paczki w danym punkcie pozwala na bycie czynnymi w niedzielę. Wykorzystała to między innymi sieć Żabka, która na każdym kroku zaczęła otwierać swoje sklepy.  Stała się więc dużo konkurencją dla wszystkich lokalnych sklepików, które również mogą być czynne w niedzielę. Polega to na tym, że sklep może być czynny, jeśli sprzedaje w nim właściciel. Ma to na celu zlikwidowanie zmuszania kogokolwiek do pracy w niedzielę. Nie jest to jednak rozwiązanie idealne, gdyż jest wiele innych zawodów, które wiążą się z pracą przez cały tydzień. Codziennie są czynne chociażby restauracje, więc kelnerzy, barmani i kucharze wciąż są na nogach.

Zakaz handlu w niedzielę i jego efekty

Okazuje się jednak, że zakaz handlu w niedzielę nie był wcale tak dobry dla małych lokalnych sklepów jak by się mogło wydawać. Kiedy ludzie się przyzwyczaili do tego, że w niedzielę nie zrobią zakupów, zaczęli robić je z wyprzedzeniem w piątek albo w sobotę. Takie osiedlowe sklepy miały się najlepiej wtedy, kiedy akurat wracało się z zakupów z większego  sklepu i chciało się jeszcze coś dokupić. Dzisiaj, gdy więcej osób robi bardziej planowane zakupy, rzadko kiedy jest co dokupywać. Efektem  tego jest to, że wiele takich małych sklepów musiało zakończyć swoją działalność.

Nowe warunku działania „placówek pocztowych”

Według informacji, które podanie „Dziennik Gazeta Prawna” sklepy będą mogły być otwarte jako placówki pocztowe pod jednym warunkiem. Działalność pocztowa musi być dla niego dominująca. Oznacza to rychły koniec sukcesu  Żabki, która funkcjonuje właśnie na takich zasad. Działalność pocztowa nie jest dla Żabki dominująca, gdyż sklep jest przede wszystkim… no właśnie. Sklepem.

– Prawnicy pytają jednak, kto będzie mógł weryfikować spełnianie wymogów w tym zakresie. Jak zauważają, PIP nie ma na razie takich uprawnień (…) Już niemal połowa z działających w Polsce sklepów spożywczych jest otwartych w każdy ostatni dzień tygodnia – czytamy na łamach gazety.

Kiedy zmiany wejdą w życie?                                                  

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to nowe przepisy będę obowiązywać jeszcze na tych wakacjach. Oznacza to, że Żabki i inne podobne sklepy będą miały poważny problem. Czy będą w stanie poradzić sobie z nowym prawem, które znacznie ograniczy ich działalność?

– Nowelizacja ustawy o ograniczeniu handlu w niedzielę jest już gotowa, na początku lipca trafi do Sejmu – czytamy słowa posła PiS Janusza Śniadka na łamach „Dziennika Gazety Prawnej”.

Bezrobocie w USA. Co poszło nie tak?

Bezrobocie w USA wcale nie maleje. Kraj, który jest potęgą ekonomiczną i teoretycznie powinien dawać przykład innym krajom, znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. Dane pokazują, że w ubiegłym tygodnia liczba bezrobotnych wyniosła 411 tys. Liczba odnosi się do osób, które po raz pierwszy ubiegają się o zasiłek dla bezrobotnych. Takie dane właśnie przekazał Departament Pracy USA w swoim najnowszym komunikacie. Jest to sytuacja, której nie spodziewali się ekonomiści. Przewidywali o nich, nowa liczba osób bezrobotnych wyniesie ok. 380 tys. Różnica 31 tys. osób w tym wypadku jest dosyć spora.

Zwróćmy uwagę, że podane przed chwilą dane dotyczą tylko tych, którzy po raz pierwszy chcą pobrać zasiłek. Liczba osób, które pobierają go regularnie, jest dużo większa. Wynosi ona 3,39 mln według danych z 12 czerwca. Tym razem liczba jest lepsza niż się spodziewany, gdyż analitycy szacowali, że łączna liczba bezrobotnych będzie wynosić 3,47.

Stany Zjednoczone po pandemii

Stany Zjednoczone mają problem nie tylko z bezrobociem, ale także z innym aspektami ich lokalnej gospodarki. Zalicza się do nich chociażby wzrost o wartości zamówień na dobra trwałe. Według najnowszych badań wzrosła ona o 2,3%. To i tak nieco mniej niż się spodziewano, gdyż eksperci rynkowi szacowali, że wartość ta wyniesie 2,8%.
Stany Zjednoczone nie mają łatwego życia, jak chodzi o wychodzenie z pandemii.

– Z jednej strony ustąpienie epidemii pozwala luzować restrykcje i zwiększać aktywność gospodarczą, z drugiej zaś strukturalne problemy z podażą pracy czy wąskimi gardłami w łańcuchu dostaw sprawiają, że tempo odbicia nieco słabnie – tłumaczy Maciej Madej w swoim artykule na tms.pl.

Chińska gospodarka po pandemii. Co mówią eksperci?

Chińska gospodarka nie radzi sobie tak dobrze, jak można by oczekiwać. Wiadomym jest, że w 2020 r. gospodarki poszczególnych państw poleciały na szyję. Ogromne straty finansowe stały się faktem w praktycznie każdym zakątku świata. Trudno więc, aby ominęło to Chiny, które przecież były źródłem tej pandemii. Mimo to po roku od ogłoszenia pandemii, większość krajów zaczęła notować wzrost. Chiny również, choć teraz przeszły w stagnacje.

Chińska gospodarka – statystyki

Jeśli spojrzymy na inwestycje w Chinach to wzrosły one o 15,4% w maju rok do roku. Warto wspomnieć, że w kwietniu ta dynamika wyniosła ok. 20%, a a lutym 35%. Można więc powiedzieć, że Państwo Środka trochę ma lekki kryzys w porównaniu z innymi popandemicznymi gospodarkami.

Produkcja przemysłowa również nieco spadła. Dane z lutego pokazywały 30% dynamiki w przemyśle. W maju zaś ten wynik spadł do 8,8%, co dla Chin może być ciosem. Państwo to w końcu w bardzo dużej części utrzymuje się z przemysłu.

Wzrosła jednak sprzedaż detaliczna, a mówimy to wzroście rzędu 12,4%. Trzeba uczciwie przyznać, że w kraju tym nie ma większych problemów z konsumpcją. Wręcz przeciwnie, wraca ona do stanu sprzed pandemii. Mimo to jest to kolejna liczba, która wypada kiepsko w zestawieniu z wcześniejszymi miesiącami. W lutym i marcu wzrost sprzedaży detalicznej wynosił od 33 do 34%.

Jak sytuację widzą ekonomiści?

Ekonomiści spodziewali się, że te trzy wskaźniki będą o wiele wyższe niż w trakcie pandemii. Ci więc, co uważnie obserwowali światową gospodarkę, mogli przewidzieć, jak będą wyglądać losy poszczególnych państw. Tylko że pojawił się pewien zwrot akcji, jakim jest wyhamowanie tej skali. Uśredniając, przewidywano, że inwestycje wyniosą 15,5%, produkcja 8,9% oraz sprzedaż 14%. Tak więc prognozy były trochę wyższe niż dane faktyczne, które wynoszą kolejno 15,4, 8,8 i 12,4%. Jaka przyszłość czeka Chiny? Teraz jest ostatni gwizdek na to, aby sytuację ekonomiczną naprawić. Czy pekińskiemu rządowi uda się przełamać zastój i wrócić do dynamicznego rozwoju?

Google: czy firmę czeka kara finansowa?

Google ma mały problem związany francuskim urzędem ds. konkurencji. Okazuje się, że urząd ten nałożył na firmę karę o wysokości 220 mln euro. Czym zasłużyli sobie na tak wysoką karę? Chodzi o usługi dotyczące reklamy internetowej, w której miała ona faworyzować swoje własne usługi. Suma ta jest wynikiem postępowania ugodowego między urzędem na firmą.

– Urząd zauważył, że Google przyznał preferencyjne traktowanie swoim zastrzeżonym technologiom oferowanym pod marką Google Ad Manager – czytamy w oświadczeniu

Kontrowersyjny gigant

Z firmą, o której mowa wiążą się liczne kontrowersje. Chodzi między innymi o bezpieczeństwo danych oraz politykę, jako prowadzą administratorzy serwisu YouTube. Przypominamy, że od kilka lat Google wchłonęło tę platformę. Nie jest to tak naprawdę nic specjalnego w tym biznesie a już zwłaszcza na takie skali. Z podobnymi problemami musi mierzyć się Mark Zuckerberg ze swoim Facebookiem oraz Bill Gates, właściciel Microsoftu.

– Poza sankcją finansową Google zobowiązał się rozwiązać problemy wskazane w dochodzeniu francuskiego urzędu antymonopolowego – informuje agencja AFP

Precedensowa sprawa

Okazuje się, że jest to precedensowa sprawa, gdyż nikt nigdy wcześniej nie prowadził takiej sprawy. Nikt jeszcze wcześniej na drodze sądowej nie analizował działania tego rodzaju algorytmów marketingowych. Firma Google ma swoją własną usługę związaną z reklamami – Google ads. Okazuje się, że podczas pojawiania się wyskakujących okienek z reklamami, to właśnie te reklamy pojawiały się jako faworyzowane. Dlatego właśnie francuski urząd uznał, że jest to sprzeczne z zasadami uczciwej konkurencji i postanowiono wymusić na gigancie poważne finansowe konsekwencje.

– To przełomowa decyzja, bo to pierwsza na świecie decyzja dotycząca zbadania złożonych algorytmicznych procesów sprzedażowych, dzięki którym działa reklama internetowa „display” – poinformowała prezes francuskiego urzędu ds. konkurencji podczas konferencji prasowej.

O takich rzeczach wiedzą doskonale chociażby hotelarze i inni przedsiębiorcy, zajmujący się szeroko rozumianą turystyką. Korzystają oni wszakże z usług takich portali jak Booking.com czy Kayak. Zależy im na tym, aby jak najwięcej osób dowiedziało się o ich usługach i dlatego opłacają tego typu portale, aby przyciągać jak największe zainteresowanie. Stosunkowo nowa jest tutaj usługa Google ads, która zaczęła konkurować z innymi ważnymi firmami w tej branży.

Skutki lockdownu w Stanach Zjednoczonych

Skutki lockdownu w Stanach Zjednoczonych: Jak się mają sprawy w Stanach Zjednoczonych w związku z obostrzeniami covidowymi, które przez tak długi czas się utrzymywały? Okazuje się, że statystyki wyglądają bardzo poważnie. Szacuje się, że ok. 11 mln obywateli amerykańskich ma problemy z opłaceniem czynszu, które pojawiły się w momencie wprowadzenia pierwszego lockdownu, a potem tylko rosły. Jest wielkie ryzyko, że osoby te wylądują w końcu na ulicy, gdyż nie są w stanie spłacić wszystkich zaległości.

Czy Amerykanów czekają masowe eksmisje?

Sposób na uchronienie ludzie przed eksmisją znalazły Cetra Kontroli i Zapobiegania Chorób Zakaźnych (CDC). W czasie pierwszych lockdownów rozszerzyły one okres wypowiedzenia najmu, co oznacza, że do dnia 30 czerwca 2021 nie można nikogo eksmitować. Wtedy była to bardzo dobra wiadomość dla lokatorów, którzy nie mieli okazji generować zysku, potrzebnego do zapłaty czynszu. Niestety wielu osobom od tamtego momentu narosły zaległości i nie mają oni zbyt wielu sposobów na spłacenie ich. Czy to oznacza, że po 30 czerwca wylądują oni na ulicy?

Eksperci twierdzą, że pojawi się fala eksmisji, która dotknie pewne regiony Stanów Zjednoczonych. Chodzi tu przede wszystkim o regiony przemysłowe. Ośrodek budżetu i priorytetów polityki (CBPP) szacuje, że ok. 15% dorosłych najemców ma problem z płaceniem za mieszkanie w terminie. Z oczywistych powodów właściciele mieszkań nie mogą sobie pozwolić, aby udostępniać je za darmo. Sami przecież mają swoje zobowiązania finansowe, których nie mogą zignorować. Kongres planuje przeznaczyć na ten cel 45 mld dolarów, choć jeszcze nie udało się tego zrobić. Łączne długi w kraju mają jednak wynieść do 70 mld dolarów, co jest ogromną sumą, jak chodzi o skutki pandemii.

 

Język obcy: jak skutecznie uczyć się gramatyki?

Język obcy w dzisiejszych czasach to podstawa. Doświadczamy dzisiaj tak ogromnych skutków globalizacji, jakich nie było nigdy wcześniej na świecie. Stało się dla nas normalne, że musimy od czasu do czasu przeczytać coś w obcym języku, albo porozmawiać z kimś, kto nie zna polskiego. Musimy więc znać jakieś podstawy międzynarodowej komunikacji. „Międzynarodowym” językiem, czyli tzw. lingua franca stał się w tych czasach angielski. Ale wcale nie musimy na nim poprzestawać. Podstawy niemieckiego czy hiszpańskiego również mogą nam się przydać.

Podczas nauki języka bardzo często napotykamy różnego rodzaju trudności. Próbujemy się uczyć na pamięć niezliczonego ładunku słówek i zasad gramatycznych. Jak najbardziej powinniśmy się uczyć, ale czasem przeciążenie informacjami może być przeciwproduktywne. Zwłaszcza, że żyjemy w epoce ciągłego stresu i po prostu rzadko kiedy mamy czas na to, aby przyswoić sobie nową dawkę informacji.

Gramatyka, ciągle ta gramatyka

Pewnie wszyscy pamiętamy ze szkoły, jak musieliśmy zakuwać regułki gramatyczne. Są one potrzebne, ale jednak gramatyki nie przyswaja się teorią. Gramatykę przyswaja się używaniem jej. Czy są więc jakieś sposoby na to, aby utrwalić sobie regułki gramatyczne?

Najlepszą rzeczą, jaką możemy dla siebie zrobić, to umówić się na zajęcia z native speakerem. Nie będziemy mieć wtedy możliwości, żeby przejść na język polski, więc będziemy zmuszeni, aby tej gramatyki używać. Owocne może też być spotykanie się z obcokrajowcami albo umawianie się ze znajomymi na rozmówki. Bardzo cenne może być zgromadzenie sobie grupki znajomych, aby wspólnie rozmawiać w obcym języku. Ale jak to się ma do nauki gramatyki? Przecież nie będziemy siedzieć i zakuwać tabelek. Oczywiście, że nie. Podstawy gramatyki same się nam przyswoją podczas mówienia.

Oczywiście warto na początku mieć ze sobą jakąś ściągę, żeby upewnić się, że nie mylimy np. czasu przeszłego z przyszłym. I w zasadzie tyle. Błędy i tak będziemy popełniać, a wszystkich szczegółowych zasad i wyjątków i tak nie spamiętamy. Co więcej, nawet native speakerzy ich nie pamiętają (nie licząc tych, którzy zajmują się językiem zawodowo oczywiście).

Język obcy: jaki poziom chcemy osiągnąć?

Przed rozpoczęciem nauki warto też postawić sobie konkretny cel. Skoro mówimy o gramatyce, to pewnie celem wielu z nas jest nauczenie się wszystkich regułek gramatycznych, żeby mówić jak profesor. Jest to zdecydowanie błąd i tak naprawdę takie perfekcjonistyczne podejście oddala nas prawdziwego przyswojenia sobie języka. Starajmy się skupić przede wszystkim na płynności i zdolnościach komunikacyjnych.

Nie traktujmy gramatyki jako jakiejś mistycznej dziedziny, którą musimy osobno zgłębić, aby wznieść się na umysłowe i duchowe wyżyny. Traktujmy ją po prostu jako jeden z wielu elementów komunikacji. I tyle. Jeśli robimy błędy gramatyczne, to zastanawiajmy się nad tym, czy są one aż tak znaczące, żeby zaburzać komunikację. Czy przez te błędy nasz rozmówca będzie miał problemy ze zrozumieniem nas? Jeśli nie, to znaczy, że gramatykę opanowaliśmy wystarczająco.